KIEDY BYŁAM MAŁYM CHŁOPCEM
Kiedy byłam małym chłopcem i na podwórku, a właściwie na wiejskich podwórkach przecudnej sielskiej osady zwanej Zeńbok, bawiliśmy się w czterech pancernych i psa, każdy chciał być Jankiem. KAŻDY I ZAWSZE. Zawsze też była awantura o to, kto nim będzie.
Jeden kolega, najbardziej rosły i ogólnie duży, kapitulował pierwszy ze słowami:
- Ja jestem na Janka za potężny. Mogę być czołgiem.
Po czym wskazywał na mnie i strofował:
- Przestań się drzeć, Joaśka. Taki krasnal może być najwyżej Szarikiem.
I dupa z Janka. Pierwszy afront zaliczony.
A miało być gorzej. Dużo gorzej. Gorzej tak, że dotąd mnie boli i uwiera.
Miałam dwie ulubione zabawki. Kierownicę oraz karabin. Tata był w służbach i całe dzieciństwo spędziłam w błogim przekonaniu, że będę milicjantem (zapomnijcie o feminatywach, byłam CHŁOPCEM!). Ewentualnie żołnierzem. Albo pilotem myśliwca. Li i jedynie.
Na tle broni palnej miałam szmergla wprost konkursowego. I tutaj zaczyna się polka.
W moim pokoju stało olbrzymie biurko. Takie więcej dyktatorskie. Z tyłu owo biurko miało witrynkę. Do której nikt nie zaglądał, bo była mocno przyblokowana. Tuż za nią był kaloryfer. Teoretycznie brak dostępu. Jak dla kogo. Nie dla Joaśki co byla Jankiem.
W witrynce mój niefrasobliwy Autor ukrył był swą służbową broń. "Tetetka" to była. I ja tę cudną tetekę znalazłam. Znalazłem. Dziesięcioletni Janek znalazl. I się do niej dobrałem. Już byłem w ogródku, już witałem się z gąską, kiedy - los czuwał był jednak - nakryła mnie Autorka. I w krzyk. Albo w płacz. Nie pamiętam. I paskiem przez tyłek. To pamiętam świetnie. No i czekanie na Tatunia. A potem ciche acz burzliwe połajanki, że co by się stało, gdyby się to skaranie boskie jednak połapało, a było blisko i powystrzelałoby pół osiedla. Na co nie wytrzymałem i ujawniłem, że słyszę monolg mej Matki.
- Jakie pół osiedla? Najwyżej osiem osób. Tam jest tylko osiem naboi. - rzekłem od progu.
- Joaśka! - zakrzyknęli oboje.
- Co? Będę milicjantem, jak tata. Albo pilotem. Albo żołnierzem.
- Możesz być Vondráčkovą. - powiedziała Mamunia.
- Albo Dostojewskim. - powiedział Tatunio.
- Nie ma mowy! Będę milicjantem. - obraziłem się na amen.
Wieczorem Ojciec nawiedził mnie w pokoju.
- Słuchaj no, - zagaił niezobowiązująco, po czym rzucił granat. - Nie będziesz milicjantem, ani pilotem, ani żołnierzem.
- Będę! BĘDĘ! - wrzasnąłem rycząc już na całego.
- Nie przyjmą cię. Twoje oczy... - tu zamilkł, a mnie oświeciło.
- A jakbym umiała strzelać? Jakbym strzelała najlepiej? - zapytałam bez sensu. Wiedziałam, co usłyszę.
- Też nie. Nie da się tego przeskoczyć.
- Przez głupie oko całe życie do bani! - wychlipiałam.
- Możesz śpiewać. Albo pisać. Coś wymyślisz.
- Nie chcę! Chcę do milicji! Albo do wojska! - tupnęłam gniewnie.
Wyszedł. Co miał mi powiedzieć?
Klęska. Totalna i nieodwracalna.
Czas mijał, a ja wciąż byłem Jankiem. Kochałem przysposobienie obronne. Składałem i rozkładałem broń, strzelałem nie widząc i strzelałem celnie. W liceum jarałem się budową silnika samochodowego i domagałem się zaznajomienia z większym silnikiem.
- Tak, Joaśka, rakietowy ci przyniosę. - uslyszałam od podłego Spidera, który był wykładał technikę.
Klasa w śmiech. Rzeczywiście, ubaw po pachy.
Czas pędził, Janek się wykruszał. Poszłam na psychologię, potem na polonistykę i się trochę rozpiłam. Z rozpaczy. Rozpacz miała źródło w zazdrości. Mój ówczesny narzeczony studiował na wojskowej uczelni. Wszystko wiedziałam. Wyciągnęłam na erotycznych torturach. Alfabet Morse'a. Jak zrobić ładunek wybuchowy. Jak ładunki rozmieścić, żeby wysadzić pojedynczy budynek i całe miasto.
Narzeczony poszedł precz, przyszedł nowy, potem nastał mąż. Zgadnijcie jakie opowieści wyciągam na erotycznych torturach. Tak jest, opowieści z wojska. Ciągle mnie to kręci. Ciągle śnię o pistoletach i o myśliwcach. W snach znów jestem Jankiem. Mam swój karabin i swój myśliwiec. I jestem szczęśliwy.
Komentarze
Prześlij komentarz