DOLNOŚLĄSKA SIEKIEREZADA Z UDZIAŁEM KOSYNIERA
Mój serdeczny kumpel, dla niepoznaki nazwę go Maćkiem, na krańcach Wrocławia rezydencję ma imponującą i wielce gościnną. We wsi, od rezydencji owej o kilkanaście kilometrów ledwie oddalonej, kuzyn jego wiódł żywot sielski w otoczeniu rodziny tak licznej, jak serdecznej. Pewnego lata, które żywym ogniem buchało z nieba, kuzyn żenić się umyślił i przy hojnym wsparciu familii wesele na trzysta głów biesiadnych obstalował. Aby się wszyscy w jednym miejscu mogli zgromadzić, za dom weselny miała posłużyć stodoła. Kiedy już wszystko we właściwym ordynku stało, wyszedł na jaw deficyt w umeblowaniu. Zabrakło krzeseł. Rozjechało się kilku przyszłych weselników po znajomych, rodzinie, sąsiadach prosić o poratowanie w sytuacji uroczystej. Kuzyn, w garnitur ślubny już przyodziany, zawitał do Maćka. Maciek ani myślał krzeseł żałować. W komplecie jadalnianym sześć stało, sześciu użyczył, sześć z panem młodym odjechało. Kiedy tak wszyscy wokół brakuj...