Posty

KIEDY BYŁAM MAŁYM CHŁOPCEM

       Kiedy byłam małym chłopcem i na podwórku, a właściwie na wiejskich podwórkach przecudnej sielskiej osady zwanej Zeńbok, bawiliśmy się w czterech pancernych i psa, każdy chciał być Jankiem. KAŻDY I ZAWSZE. Zawsze też była awantura o to, kto nim będzie.      Jeden kolega, najbardziej rosły i ogólnie duży, kapitulował pierwszy ze słowami: - Ja jestem na Janka za potężny. Mogę być czołgiem.     Po czym wskazywał na mnie i strofował: - Przestań się drzeć, Joaśka. Taki krasnal może być najwyżej Szarikiem.      I dupa z Janka. Pierwszy afront zaliczony.             A miało być gorzej. Dużo gorzej. Gorzej tak, że dotąd mnie boli i uwiera.         Miałam dwie ulubione zabawki. Kierownicę oraz karabin. Tata był w służbach i całe dzieciństwo spędziłam w błogim przekonaniu, że będę milicjantem (zapomnijcie o feminatywach...

ISTNIEJESZ?

Istniejesz? Twoja szminka - źdźbło karminowe, smak poziomek i perłowe lśnienie, kiedy śmiech jak żywioł toczy kamyk słońca po zboczach. W dolinach świtem szukam ciebie. Rozpostartej we mnie jak oddech. Stopy masz zimne. Otulam je chustką dłoni i usta odmierzają płomyki pełgające na drobnych paznokciach. Każda kropla ciebie jak źródło we mnie bije. Istniejesz? Sukienka na krześle pachnie piaskiem i muszle w rękawach szeleszczą. Biegniesz. Pod powiekami wstążka z kapelusza i śmiech, śmiech twój znowu. Tańczysz. Tańczysz przede mną. Sukienka śpi w trawie. Urwisko za tobą spada zbyt dosłownie. Ocean cię woła. Wtedy moje dłonie zatrzymują w pół lotu i za tobą wzlecieć mógłbym, gdybyś... Istniejesz? Kawa w zgięciu łokcia, nadgarstki. Piąstki twoje przesypują westchnienia. Uczę się cynamonowej świetlistości i waniliowych wzgórz roztańczonych pod koniuszkiem pieszczoty. Latarnia na cyplu i smuga mlecznej poświaty, kiedy nadchodzisz ku mnie znad brzegu nocą. Istniejesz? ...

NIC TAKIEGO

 Tak niedawno biegałam po Orlej Perci. Dziś boję się śniegu pod nogami. Dziś nie wyjadę sama. Zimą. Jesienią. Wiosną i latem. Wystarczy, że cokolwiek spada na okulary.  W dwie minuty napiszę piosenkę, która rozniesie system, ale nie wyjdę sama z domu.  A to dopiero początek. Biała dama dyszy mi w kark. Albo w dłoń. 

***

Lato pachnie ciszą i wilgocią skóry.  Gna na oślep w przypływie czereśni.  Moszczą się w koszu, w garści, na języku.  Niedoniesione do słoika i do wspomnień. Zmienia się pejzaż i zegar książek. Czytam je uchem. Oko zasypia   i nie chce  się budzić. Zasypia ciało.  Zrywam się  do biegu. Ujarzmię je nim minie. Złotem zaklinam zmarszczki.  Zmierzch włosów  rozganiam  łagodnym śpiewem pędzla. Odtrącam lustro. Tańczę na wrotkach.  W muślinowej sukience łatwiej władać światem. O świcie wracam po słoneczne perły na Orlej Perci. Szarlotka na Ornaku. Warkocze pełne halnego. Otwarte dłonie  Wołowca.  Przede mną otwarte. Dla mnie. 01.08.2023

***

  Jesteś? Twoje palce na moim nadgarstku.  Moje palce na twoim. I twój kaszel. Świat się rozwarstwia.  Świata już nie ma.  Sanki pędzą w dół. Rozbija je cisza. Jesteś? Cisza na moim nadgarstku.  Cisza na twoim. Którego nie ma.  Zaciągasz się śmiercią aż cię usłyszy.  Kusi cię jej powab. Nie będzie łez po tobie.  Rozpaczy po człowieku,  który mnie nie wybrał. Jesteś? Twoje palce na mojej twarzy.  Moje palce na twojej.  Mną się zaciągnij. Życiem. 15.08.2023

Brama

       Stała mu się w burzy. W bramie mu się stała. Taka cicha. Taka jasna. Taka pewna. Stała mu się jak przystań. Cumowanie było łagodne. Wokół sztorm ryczał, spieniały się w nim tajfuny wódki, nigdy niestrawione, nigdy nieoddane, nieprzyjęte jak należy, do dna. Przed dnem się odwracały, w wirze ku górze, w kłębach, w odmętach. Wgłębiały się, przepalały myśli, żarły oddech. Brały sobie w jedyną, bezowocną podległość jego ciało na pastwę wydalone z pordzewiałej łupiny czasu i wiecznej nocy, którą w sobie stworzył, aby w niej zostać. I umartwiać się, jak lubił. Karmiony i pojony wódką. Karmiony i pojony sobą. Pomiędzy ścianami domu. Kiedy go jeszcze miał. Pomiędzy ścianami domów. Kiedy je jeszcze miał. Między ulicami miast. I redakcjami, w które się wtapiał, żeby się wytopić. Po pierwszym niedotrzymanym terminie. Korekty albo kolejnego rozdziału. I kolejnego. Wszystko jedno. Zaliczki. Były. Zdarzały się. Najpierw. Potem się zwiedzieli. Biesiadnicy na stypie geniusza. ...

BABCIA JADWINIA

Obraz
      Babcia Jadwinia nie jest moją babcią. Jest babcią mego kolegi.       Babcia Jadwinia jest osobą niezwykłą i w całej swej istocie oraz trybie życia wyróżnia się znacząco na tle babć zaludniających rodzime sioła i miasta. Jadwinia jest zamożna oraz rozrzutna. Szasta groszem na książki, na kosmetyki, na podróże oraz na spełnianie swych rozlicznych fanaberii. O innych w tym szastaniu też pamięta, ale o tym mówić mi nie wolno, bo zakazała. Obawia się, że ktoś ją w tej opowieści rozpozna i za dobre uczynki ukarze.         Jadwinia jest piękna, wiotka oraz elegancka. W suknie zaopatruje się w butikach Rzymu oraz Mediolanu, po perfumy lata do Paryża i od lat nie opuściła żadnego New York Fashion Week. Gdzie chce, tam wejdzie. Kontakty ma liczne, grono wielbicieli od lat bogate. Dba, by to grono wciąż puchło, bo jej metryka stosunki z rówieśnikami mocno utrudnia. Z rocznika Jadwini wszyscy już niebo od strony chmur oglądają. Z kil...